Kiedy byłam na wakacjach w Grecji, to w biblioteczce w lobby hotelu przykuła moją uwagę właśnie ta książka. Historię Wyznań gejszy znałam w tym czasie tylko z filmu o tej samej nazwie, więc trochę mnie zaskoczyło, że jest nawet książka, na podstawie której nakręcono ten całkiem znany i piękny film. Hotelowy egzemplarz Wyznań gejszy zaskakująco nie był napisany po grecku, ale chyba po rumuńsku lub w języku tureckim - tego niestety już tak dobrze nie pamiętam. Pamiętam jednak, że od tego czasu chciałam przeczytać tę książkę, a po zaopatrzeniu się we własny egzemplarz przeczytałam i zapraszam do poznania mojej recenzji i wrażeń.
Wyznania gejszy snują opowieść o Sayuri, która kiedyś tak naprawdę nazywała się Chiyo i mieszkała w małej rybackiej wiosce. Po zabraniu i sprzedaniu Chiyo i jej starszej siostry z wioski do Kioto, siostry zostają rozdzielone, a Chiyo trafia do okiya, czyli domu gejsz, gdzie najpierw pełni funkcję służącej, ale później sama zaczyna się uczyć bycia gejszą. Poznajemy nie tylko świat gejsz od podszewki, razem z małą Chiyo i potem dojrzałą Sayuri, ale także i dawne Kioto, przed i powojenną Japonię. Główną rolę także gra tutaj miłość, zdrada, uwodzenie, przyjaźń, wojna i wiele innych motywów.
Oprócz Sayuri, która sama opowiada nam swoją historię, mamy tutaj wiele innych postaci, które przewijają się przez calą powieść. Warto wspomnieć tutaj Mamehę, czyli przewodniczkę Sayuri na jej drodze do bycia gejszą czy złośliwą Hatsumomo, wieczną rywalkę Mamehy i Sayuri, która ciągle dokucza głównej bohaterce, czym zmusza Mamehę do planowania intryg i do zrobienia z Sayuri najlepszą gejszę w Gion.
Nie mogę tutaj ominąć ważną postać, która co prawda pojawia się raczej sporadycznie, ale dla Sayuri jest najważniejszą osobą w jej życiu. Mowa tutaj o Prezesie, dzięki któremu w przeszłości załamana Sayuri odzyskała nadzieję i wybrała drogę do spełnienia jej marzenia, czyli bycia gejszą. Dzięki Prezesowi, będącym stale w jej myśli, Sayuri znosi złośliwości Hatsumomo i inne przykre rzeczy w jej życiu.
Bardzo mi się spodobała ta opowieść i będę na pewno wracać do Kioto, by towarzyszyć Sayuri na jej drodze do bycia gejszą. Samą książkę bardzo szybko się czyta, a całe tło, jak historyczne czy społeczne jest całkiem dobrze przedstawione. Historia jest opowiadana tak jakby wydarzyła się naprawdę. Chociaż Wyznania gejszy są fikcją, to jednak autor wzorował swoją opowieść na wyznaniach prawdziwej gejszy Mineko Iwasaki oraz korzystał z wiele wiarygodnych źródeł.
Polecam tę powieść nie tylko zainteresowanym Japonią, ale także i tym co lubią czytać powieści obyczajowe z wątkami, które wymieniałam już powyżej. Raczej nie polecałabym tej książki młodszym czytelnikom, ponieważ do tej historii trzeba jednak trochę dojrzeć. Tak samo film, moim zdaniem całkiem wierna adaptacja tej książki, polecam obejrzeć. Jest to naprawdę perełka kinematograficzna, a soundtrack jest bardzo klimatyczny i piękny.
Więcej rozpisywać się nie będę i jeszcze raz polecam tę piękną historię, czy to obejrzeć, czy przeczytać. Moim zdaniem naprawdę warto.
P.S. podrzucam tradycyjnie utwór, który możecie słuchać do czytania recenzji i nie tylko.
Nie tak całkiem dawno obejrzałam piękny koreański film, po którym się nie spodziewałam, że aż tak mi się spodoba. Ja jednak mam już takie doświadczenie z koreańskimi produkcjami, więc jakby się na tym tak zastanowić, to wcale się nie dziwę. Mowa tutaj o filmie The Beauty Inside z roku 2015, który fabułą jest całkiem podobny do książki pt. Każdego dnia (wpominam o książce, chociaż film też jest, ale ja go uznaję tylko jako nieudaną i marną próbę zekranizowania takiej fajnej powieści - ale o tym może kiedy indziej). Jasne, dostajemy tutaj podobną historię i bohaterów, schematów może nie brak, ale otrzymujemy zarówno coś znanego, jak i świeżego z niepowtarzalnym klimatem, który potrafią tylko azjatyckie produkcje.
Fabuła
The Beauty Inside opowiada historię o młodym mężczyźnie, który każdego dnia budzi się w innym ciele (które do nikogo nie należy). Zaczęło się mu to dziać, kiedy był jeszcze nastolatkiem i od tej pory żyje w swoim mieszkaniu pełnym butów, akcesorii i ubrań przeróżnej wielkości i przynależności do płci. Z czasem przyzwyczaił się do swojego nietypowego trybu życia, o którym wie tylko jego matka i najbliższy przyjaciel, z którym prowadzi firmę meblarską. Jego hobby jest właśnie własnoręczne produkowanie i projektowanie mebli, które cieszą się wielkim zainteresowaniem wśród kupujących. Pewnego dnia, główny bohater Woo-jin, spotyka młodą kobietę E-soo, w której się zakochuje.
To taka wstępna fabuła, bo nic wam nie chcę wiącej zdradzać. Sama wiedziałam o fabule nawet mniej niż tyle i zaskoczyłam się wiele razy, więc im mniej się zna fabułę, tym lepiej się można bawić przy nie tylko tym filmie. A chociaż sama fabuła nie jest skomplikowana, nie ma tutaj dynamicznej akcji, to przez film się płynie, bardziej poznawając głównych bohaterów.
Moje wrażenia
Powiem tak, przed oglądaniem nie nastawiałam się na nic zaskakującego, nowego, a jednak ten film niejednokrotnie mnie przyjemnie zaskoczył. Postać Woo-jina jest bardzo interesująca i różnorodna, w szczególności dlatego, że jest portretowana przez wielu aktorów, a jednak wszyscy mają to coś, co jest wspólne i pozwalają nie zapominać, kim jest Woo-jin. Właśnie dla niektórych może być bardzo przyjemna niespodzianka, spotkać w tym filmie swojego ulubionego aktora, bo tych gwiazd jest tutaj więcej, w tym i moi ulubieni aktorzy. Bardzo mi się spodobała relacja Woo-jina z E-soo, była realnie i pięknie przedstawiona, a sama postać E-soo też jest interesująca. Całe to tło meblarstwa też było dla mnie nowością, bo jeszcze w żadny filmie nie spotkałam sią z tym motywem. Tradycyjnie znajdziemy tutaj sceny, które wzruszają, jak i te, które śmieszą.
Porównując The Beauty Inside do historii bardzo podobnej, do Każdego dnia, niektórzy mogliby powiedzieć, przecież „to o tym samym“, ja jednak się nie zgadzam. Chociaż historia jest prawie taka sama, bo o tej samej tematyce, jednak cały film, klimat a nawet fabuła jest inna, moim zdaniem nawet piękniejsza. Tak jak książkę Każdego dnia uwielbiam, tak pokochałam The Beauty Inside.
Dlaczego warto oglądać?
Klimat i dobrze znana historia, z jednak innym podejściem, który powiewa świeżością, to nie jedyne zalety tego filmu. Obsada - cud, muzyka - miód. Podejście realne do problemu Woo-jina, też na plus. Jest tutaj poruszony ciekawy temat meblarstwa, a humoru też nie brakuje. Moim zdaniem ten film nie jest żadnym wielkim wyciskaczem łez, ale oczywiście zdarzyły się tutaj smutne momenty.
Zapraszam śmiało do oglądania! Jeżeli lubicie filmy z wątkiem romantycznym i trochę fantastycznym to polecam, a miłośnikom azjatyckiego kina szczególnie! Świetna pozycja dla każdego, kto potrzebuje chwilę relaksu i chce poznać piękną historię!
Jeśli obsada aktorska i inne moje rozważania jeszcze Was nie przekonały, to warto wspomnieć o motywie pewnej podróży, która zdecydowanie mnie najbardziej zaskoczyła, a Yoo Yeon Seok w końcówce filmu to już po prostu wisieńka na tym pysznym filmowym torcie.
Zakochałam się, tak jak nasi główni bohaterowie w piosence„Amapola“, którą mocno polecam posłuchać, a podrzucam już tradycyjnie jak tę, tak i inną piosenkę przewodnią tego filmu.
A Wy już oglądaliście jakikolwiek azjatycki film? Lubicie motyw przewodni tego filmu np. w książce „Każdego dnia“?
Na pewno słyszał już każdy z was o potworze Frankensteinie. Jak czytając książki z tym popularnym motywem, tak oglądając filmy, seriale na podstawie powieści Mary Shelley. Ja jednak dzsisiaj nie o tej powieści będę opowiadała, ale o retellingu Kierstin White, czyli o Mrocznych dziejach Elizabeth Frankenstein. Sama bardzo uwielbiam czytać retellingi, jednak nie zawsze trafiam na te bardzo dobre.
O dziwo to Frankenstein ani Viktor Frankenstein nie są głównymi bohaterami, ale jak po samej nazwie wskazuje, główną bohaterką jest niejaka Elizabeth Lavenza, która już od dziecka spędza czas z młodym Victorem Frankensteinem, bardzo osobliwym dzieckiem, z którym najlepiej rozumie się właśnie tylko ona. Dzięki przyjaźni i opieką nad Victorem, Elizabeth zapewnia sobie stałe miejsce u zamożnej rodziny Frankensteinów. Jednak kilkanaście lat później, po długiej nieobecności Victora, który wyjechał na studia, Elizabeth razem z guwernantką i przyjaciółką Justine wyruszają go znaleźć. Jednak to, w jakim stanie znajdzie go i gdzie, Elizabeth nie będzie miała najmniejszego pojęcia...
To by była taka wstępna fabuła, bo nie powinnam chyba zdradzać dalej, więc teraz krótko o głównej bohaterce. Tytułowa Elizabeth jest całkiem ciekawą bohaterką. Nie tylko z Victorem, ale i sama wymyśla liczne intrygi, przybierając twarzy niewiniątka lub słodką naiwnością karmi swoje otoczenie, które nie ma pojęcia, co tak naprawdę planuje ta dziewczyna. Jej kroki są przemyślane i jej działania, z początku na ochronę Victora, są zawsze na miejscu. Sprawia wrażenie, że potrafi przewidzieć wszystko, jednak ku końcu dowiadujemy się, że jednak nie jest w stanie wszystkiego przewidzieć. Ogólnie jest silną młodą kobietą, która nie daje innym pomiatać sobą, a swoją przyjaciółkę Justine, biedną, ale dobrą dziewczynę, ratuje z domowej przemocy.
VictorFrankenstein jest tutaj przedstawiony jako młody mężczyzna, całkowicie poświęcony swoim badaniom i eksperymentom, który tak przywyknął i przylgnął do Elizabeth, że nie wyobraża sobie życia bez niej. Dlatego właśnie pracuje nad potworem Frankensteinem. Z początku wyglądał na całkiem osobliwego bohatera, który mnie bardzo ciekawił, jednak czytając dalej, coraz bardziej go nie lubiłam. Zawsze traktował Elizabeth jako rzecz, która jest jego, która należy tylko do niego. Pominę teraz te wszystkie rzeczy, co zrobił innym, których Elizabeth kochała.
Tych, którzy czekają i liczą na samego potwora Frankensteina, muszę zawieźć, bo w książce jest o nim stosunkowo mało, ale jak już jest, to przedstawiony w ten dobry sposób, jako myślącą osobę, która nie jest tak dokońca winną poczynaniom prawdziwego potwora - jego stwórcę, ale o tym przekonacie się sami czytając tę książkę. Tak właśnie moim zdaniem, miałby być przedstawiony Frankenstein.
Powracając do samej książki, to czyta się całkiem dobrze, chociaż początek był dla mnie bardzo ociężały. mam wrażenie, że 1/3 książki nic się nie działo, chociaż otrzymujemy charakterystykę postaci i wiele retrospekcji z życia Elizabeth. Uwiebiam retrospekcje z życia bohaterów, jednak tutaj chciałam je ominąć, przynajmniej w pierwszej części, bo im dalej w las, tym lepiej. W połowie to dopiero zaczyna się dziać, akcja nie mknie zabójczo naprzód, ale czytanie samo przyspiesza i właśnie dopiero wtedy wciągnęłam się. Mamy tutaj podróże, śmierci w tajemniczych okolicznościach, zagadki no i z niecierpliwością czekamy na rozwiązanie wojny życia ze śmiercią.
Ja jeszcze nie czytałam książki, originału od Mary Shelley, ale ta lektura mnie całkiem zachęciła, by sięgnąć po pierwowzór tej historii.
A same Mroczne dzieje Elizabeth Frankenstein mogę Wam polecić, bo pomimo trochę nudnego rozjazdu tej historii, ta książka zaskoczyła mnie nie jeden raz. Silna główna bohaterka, mroczny klimat.. to same zalety tej pozycji, więc jeżeli lubicie takie motywy, to zachęcam do przeczytania tej powieści.
Już od nie tak dawna interesuję się Koreą Południową, a dzięki mojej fascynacji tym krajem, kupiłam i przeczytałam książkę „Korean Lifestyle Book“. Dowiedziałam się mnóstwo ciekawostek, jak popkulturalnych, tak dotyczących tradycji i wystroju wnętrz. Warto sięgać po tę pozycję? Zapraszam na recenzję!
Kiedy po raz pierwszy wzięłam do rąk Koren Lifestyle Book, to moją uwagę przykuła nie okładka, ale samo wnętrze książki. Sama okładka może wydawać się z początku jako niepozorna, ale wciąż estetyczna. Jednak środek wypełniają bardzo ładne fotografie i minimalistyczny, ale stylowy design. Co mnie trochę zaskoczyło, było stwierdzenie, że książka ma zaledwie 130 stron!! To mnie trochę zasmuciło, bo liczyłam, że będzie mieć chociażby tych 250. Moim zdaniem jest to minus, bo ja, jako ktoś, kto bardzo się zainteresował Koreą i chce poznać wszystkie ciekawostki, zwyczaje i kulturę tego kraju, otrzymuje tylko krótką książeczkę. Z drugiej strony, jest to zachęta dla tych, co raczej nie sięgają po książki, a chcieliby się dowiedzieć czegoś na temat Korei.
Chociaż książka jest taka krótka, to możemy tutaj znaleźć wiele ciekawostek. Książka podzielona jest na rozdziały dotyczące K-popu, K-beauty, koreańskiego jedzenia, filmów i seriali oraz wyposażenia wnętrz. Sama znalazłam tutaj sporo nowych dla mnie rzeczy. Znalazłam też wyjaśnienia dotyczących zwrotów i zachowania Koreańczyków, chociażby przy stole. Dzięki rozdziałowi, poświęconymu koreańskiemu jedzeniu, teraz jestem w stanie rozróżnić i przyporządkować nazwy najbardziej popularnych przysmaków i nie tylko.
W Korean Lifestyle Book znajdziemy również wiele porad i krok po kroku opisów, jak pielęgnować swoją skórę lub jak urządzić sobie mieszkanie, by panowała w nim harmonia i minimalizm.
Tych przeróżnych ciekawostek jest mnóstwo, nawet w tej książce, która nie liczy za wiele stron. Jeżeli jesteście ciekawi tych przeróżnych rzeczy, które dowiedziałam się, czytając tę książkę, to zapraszam na mojego Instagrama, gdzie wspominam o nich jak w postach, tak i w wyróżnionych stories.
Polecam przeczytać tę książkę każdemu, kto jak ja, dopiero zagłębia się w tej bardzo ciekawej kulturze i każdy, kto chciałby bardziej poznać Koreę. Jednak uprzedzam tych, którzy już coś wiedzą na temat koreańskich zwyczajów i np. popularnych potraw - być może się trochę rozczarujecie, bo nie dowiecie się niczego nowego. Jednak ja sama nie ogarniam wszystkiego, co dotyczy Korei, a nazwy popularnych posiłków, tradycji i zwyczajów ogólnie znam tylko z k-dram, o których zresztą też możecie poczytać w tej książce.
Podsumowując, książka spoko, ładna estetyka, dużo ciekawostek, ale za krótka. Polecam tym, którzy o Korei jeszcze zbyt dużo nie wiedzą.
A jak tam Wasza wiedza na temat Korei? Interesują Was azjatyckie kraje? Napiszcie w komentarzach, chętnie poczytam!
Mr. Sunshine zajmował do niedawna miejsce na mojej to be watch liście i nieczekając długo spędziłam z tą k-dramą kilkanaście przyjemnych wieczorów. Jest to produkcja na bardzo wysokim poziomie, ze świetną grą aktorską i całą fabułą, która nam opowiada o bardzo ważnych rzeczach, o których my, Europejczycy za bardzo nie wiemy, a mowa tutaj oczywiście o historii Korei, czasami bardzo podobnej do losów samej Polski. Zanim przejdę do omówienia wszystkich zalet, tego cudownego widowiska, zapraszam na zapoznanie się z fabułą tego serialu.
Fabuła
Serial opowiada o życiu kilku ważniejszych bohaterów i parę pobocznych, które się ze sobą różnie łączą. Niezaprzeczalnie jednak mamy tutaj głównego bohatera, który nazywa się Eugene Choi i jest żołnierzem i kapitanem amerykańskiego korpusu piechoty morskiej. Kiedy był małym dzieckiem, po śmierci swoich rodziców niewolników uciekł do Stanów Zjednoczonych z Joseon. Tam się błąkał, wyśmiewany ze swojego pochodzenia, ale miał swojego przyjaciela misjonarza, który go wspierał. Później wstąpił do armii i znowu powrócił po latach do swojej ojczyzny, którą przestał tak nazywać od dawna. W Joseon jednak się pozmieniało, a dawną Koreę zaczynają powoli rozdzielać między siebie Japonia, Stany Zjednoczone i Rosja. Powstała tajna armia partyzancka, w której skład wchodzi młoda arystokratka Ae Shin.
Tych dwóch spotka się w najbardziej nieoczekiwanym momencie i zaczyna się poznawać, czasami współpracując. Z czasem poczują coś więcej do siebie.
Jednak Eugene będzie zadawał sobie pytania, czym jest dla niego ojczyzna i dla kogo warto się poświęcić, bo nic już nie jest dla niego takie oczywiste, jak było przed i tuż po przyjeździe do Joseon.
Bohaterowie
Oprócz naszego głównego bohatera, wspominałam o Ae Shin, bardzo silnej i niezależnej młodej arystokratce, która walczy całym swoim sercem i życiem o wolność Joseon. Ta dziewczyna nie czeka aż ją ktoś wybawi z niezręcznej sytuacji, bierze chustę, płaszcz, broń i często ryzykując własnym życiem sabotażuje, niemiłosierdnie strzela do wrogów, bo tak będzie lepiej dla upadającego cesarstwa. Obie postacie, Eugene i Ae Shin bardzo przypadły mi do gustu i kibicowałam im od pierwszego ich spotkania aż po samiuśki koniec.
Do Goo Dong Mae miałam na początku inne podejście, ale to zmieniło się o 180 stopni po kilku odcinkach. Goo Dong Mae jest synem rzeźnika, czyli człowieka o bardzo niskim statusie społecznym, więc po śmierci rodziców ucieka do Japonii, nie chcąc żyć takim samym życiem. Powraca do Joseon jako przywódca Stowarzyszenia Musin, mając swoich lojalnych towarzyszy, okrutnie rozprawia się z mieszkańcami Joseon. Na początku nie za bardzo przypadł mi do gustu, może ze względu na jego zbyt wielką okrutność, ale jak wspominałam, im dalej oglądałam, to tym bardziej lubiłam tę postać. Wielkie brawa dla świetnej kreacji tej postaci przez aktora Yoo Yeon Seoka, który jest w rzeczywistości zupełną odwrotnością charakteru Goo Dong Mae.
Dalej mamy tu narzeczonego Ae Shin, młody pisarz, który niejednokrotnie wywoływał uśmiech na twarzy, przez swoje trochę pochopne odbieranie rzeczywistości, ale to dzięki niemu zrodziła się przyjaźń między „trzema wrogami“ a bromance między nimi jest nie zastąpiony! Z resztą to na niego można było polegać w każdej sytuacji.
Muszę wspomnieć jeszcze o właścicielce hotelu, która była też ciekawie wykreowana, chociaż moją sympatię zdobyła dopiero w ostatnich odcinkach.
Muzyka
Nie byłabym sobą, gdybym nie napisała coś o ścieżce dźwiękowej tego cudeńka. Podobnie jak w większości dram, można tutaj posłuchać utwory śpiewane, jak i instrumentalne. Uważam, że twórcy świetnie dobrali muzykę dla tej dramy, ponieważ dokładnie oddaje taki sam charakter, jaki ma Mr. Sunshine, a to smutny, czasami przejmujący, ale zawsze z nutą nadziei, na którą nie można zapominać w najciemniejszych chwilach życia. Oprócz piosenek śpiewanych, urzekła mnie i instrumentalna ścieżka dźwiękowa, napisana przez tych samych twórców, co napisali soundtrack do CLOY, więc nie dziwię się, że w miarę tak samo mi się spodobało, jak poprzednio.
Moja opinia i dlaczego WARTO oglądać
Mr. Sunshine ogromnie mi się spodobał, bo jak już wspominałam, jest to drama na wysokim poziomie, ze świetną kreacją charakterów, grą aktorską, no i niesamowitym klimatem historycznym. Sama opowieść jest snuta jak epos bohaterski z niestety tragicznym końcem (to dlatego w ostatecznej ocenie odjęłam jedną gwiazdkę). Jednak zdecydowanie polecam obejrzeć każdemu, kto interesuje się historią, nie tylko koreańską. Trzeba podchodzić do tej dramy z dystansem, bo coś jest fikcyjne, a coś jak najbardziej prawdziwe. Całość jest na podstawie historii. Polecam też wszystkim miłośnikom k-dram i tym dopiero początkującym, chociaż na sam początek przygody z k-dramami może to być za duży kawałek na raz. Nie chodzi mi o to, że by się nie spodobało, ale o to, że lepiej do niektórych rzeczy trzeba przywyknąć (mam tu na myśli np. tempo dynamiki i inne rzeczy, typowe dla koreańskiej popkultury), zanim się obejrzy coś, co lepiej by doceniono po zaznajomieniu się z tym konkretnym podwórkiem światowej popkultury.
Chciałabym jeszcze zaznaczyć, że są tutaj dość brutalne i krwawe sceny, więc ostrzegam te osoby, które nie przepadają za takimi scenami.
Na koniec chciałabym dodać tylko jedno : oglądajcie, bo to świetny serial, który niejednokrotnie pokazuje, że stać go na więcej niż zachodnie produkcje, nam dobrze znane.
P.S.: dodaję, jak tradycyjnie kilka utworów wartych posłuchania, zdecydowanie zwróćcie uwagę na „One More Step“- genialny utwór soundtrackowy! A piosenka Elaine jest moim ulubieńcem...
Całkiem niedawno Netflix wrzucił miniserial opowiadający o młodej Amerykance, która rozpoczyna pracę w biurze marketingowym Savoir w Paryżu. Kiedy obejrzałam zwiastun, to nie mogłam się doczekać premiery Emily in Paris. Wydawało mi się, że to będzie serial totalnie w moim guście, no i pomimo, że mi się generalnie spodobał, to tak zupełnie nie trafił do mojego gustu.
Zacznę chyba od tego, że sam pomysł na miniserial mi się spodobał, a perypetie głównej bohaterki, zagranej przez Lily Collins, wywoływały uśmiech na twarzy. Ogólnie z bohaterami można fajnie się zżyć i polubić nawet ostrą szefową Emily, Sylvie.
Jednak fabuła w większości opiera się tylko na miłosnych dramach głównej bohaterki. Rozumiem, w końcu jest to komedia romantyczna, ale nawet te czasami przekazują inne wartości, niż tylko dylematy, którego faceta wybrać... W dodatku miałam przeczucie, jakby bohaterce wszystko za łatwo jakoś wychodziło. Było parę chwil, kiedy bohaterka miała gorszy dzień, ale generalnie za szybko zawsze wychodziła z danych problemowych sytuacji. To jeszcze nie wspominam o w głowie nie mieszczącym się błyskawicznym znajdowaniu nowych znajomości, co jest raczej nierealne w naszym świecie.
W ogóle cały serial ma miejsce w Paryżu, a właśnie Paryżu mi trochę zabrakło. Jasne, fabuła całkiem opierała się na tym mieście zakochanych, ale odniosłam wrażenie, że go zepchnięto na drugi plan. Podobnie było z językiem francuzkim. No jednak liczyłam na trochę więcej Paryżu.
Co było zdecydowanie na plus, to stroje głównej bohaterki i nie byłabym sobą, gdybym tutaj nie napisała o wpadającej w ucho ścieżce dźwiękowej!
Podsumowując, pomimo niedociągnięć fabularnych, Emily in Paris mi się spodobał i na pewno będę oglądała następny sezon.
A Wy oglądaliście już Emily in Paris? Co o nim sądzicie?
Mam dla Was następną czwókę niedawno skończonych lektur, niektóre z mojego TBR'u a jedna poza. Zapraszam na minirecenzję tych właśnie książek! W komentarzach na dole możecie mi napisać, co Wy ostatnio czytaliście i czy Was niektóre książki zainteresowały?
S.T.A.G.S. - M.A. Bennett
Zacznijmy od tej książki, którą już dawno przeczytałam, ale dopiero teraz się tym chwalę🙈. Powiem tak, fabuła mnie bardzo zaciekawiła, kiedy decydowałam się kupić tę książkę. Stara szkoła z internatem, grupa młodzieży z sekretami, jeden krwawy weekend w tajemniczym miejscu... To brzmi jak książka dla mnie! Pomimo tego, że książka mi się spodobała, to nie była taka jak oczekiwałam. Mamy tutaj naprawdę ciekawie przedstawioną szkołę, ze swoimi starymi tradycjami i to wszystko ma bardzo dobry klimat. Słabszą stroną tej pozycji są, moim zdaniem, bohaterowie. Główna bohaterka miejscami nie podejmowała logicznych decyzji, ale mimo tego dało się ją zaakceptować i w malutkiej mierze jej kibicować. „Ludzie średniowiecza“, mowa tutaj o tej elitarnej grupie z sekretami, zlewali mi się i oprócz głównego ich przedstawiciela, nie dało się rozróżnić innych z tej grupy. Szkoda, że tak poszło z bohaterami, bo myślę, że ta grupa miała potencjał, ale członkowie nie otrzymali oryginalnych charakterów, które byłyby nie mylące się z innymi, których by można było pokochać. Generalnie to polecam tę książkę, bo dzieją się tam naprawdę ciekawe rzeczy. Ja serię na pewno będę kontynuować, bo jednak zainteresowała mnie i liczę na to, że nasi główni bohaterowie przekonają mnie bardziej do siebie niż w tym pierwszym tomie.
Marsjanin - Andy Weir
Ta książka to całkiem fajna lektura! Astronauta opuszczony na Marsie, bez kontaktu z Ziemią musi zacząć radzić sobie sam, by przetrwać sam na sam z czerwoną planetą. Książka jest bardzo dobrze napisana, nie brak tutaj szczegółowych opisów przemian chemicznych etc., które nam w formie dzienniku tłumaczy właśnie główny bohater, Mark Watney, czas od czasu rzucając sarkastycznymi żartami. Mamy tutaj też dobrze opisane nie tylko, jak sobie Mark Watney radzi, ale nawet jak Ziemia, NASA i załoga Hermesa, którzy zostawili, przez pomyłkę i wypadek Marka na Marsie. Możemy poznać kulisy całej wyprawy Aresa 3 na Marsa, która widamo jest fikcyjna, ale w przyszłości całkiem prawdopodobna. Książka bardzo mi przypadła do gustu, jednak ma jeden znaczny minus - czyta się ją powoli, pomimo tego, że nie jest aż taką cegłą. Może tylko ja miałam takie uczucie podczas czytania, ale naprawdę ją czytałam zadługo, właśnie przez te opisy działań Marka.Gdyby to można było trochę okroić od tych długich opisów, to byłaby to książka jedna z najlepszych, jakich czytałam. Może znacie lub obejrzeliście ekranizację pod tym samym tytułem z Mattem Damonem w roli głównej? Bez względu, czy tak, czy nie - bardzo polecam przeczytać książkę, jeżeli Was zachęcił opis lub film, który w zasadzie mnie zachęcił do przeczytania.
Samarytanin - Dete Meserve
Kojarzycie albo widzieliście film netflixowski pt. „Good Sam“? Jest to taka prawie komedia romantyczna o dziennikarce telewizyjnej Kate Bradley, której zostanie przydzielona sprawa o anonimowym dobroczyńcowi, który rozdaje pieniądze ludziom. Film mogę Wam polecić, bo naprawdę szybko się go oglądało i przekazywał ciepłą historię z dobrym przekazem, pasujący idealnie na jeden wieczór. Jednak książka... Nie była zła, spodobał mi się pomysł z tym całym Samarytaninem i przekaz, ale jednak pierwszy obejrzałam film i już tak dobrze nie szło mi czytanie, bo jak już zna się rozwiązanie fabuły, to frajda mija.Cenię autorkę za wymyślenie dobrej fabuły i bohaterów, bo czasami książka była nawet wciągająca, ale ostatecznie bardziej polecam film do obejrzenia. Jest trochę inny od książki i to be honest, nawet się z tego cieszę, że twórcy poszli z bohaterami w trochę inną stronę.
By your side (Blisko ciebie) - Kasie West
Zdecydowałam się, że posłucham w audiobooku jedną z książek z mojego TBR'u, a mój wybór padł właśnie na „By your side“ Kasie West. Jest to bardzo przyjemna młodzieżówka, którą dobrze się posłuchało i myślę, że będzie się ją także lekko czytało. Ja ją przesłuchałam w języku angielskim, który nie był za trudny, więc przy okazji wychwyciłam parę nowych słówek do mojej angielskiej zasoby słownej. Opowiada nie tylko o dwóch totalnie różnych nastolatków, których przez przypadek zamknięto w bibliotece na parę dni, ale także o problemach naszych bohaterów i całkiem ważnych tematach. Głównych bohaterów nie da się po prostu nie lubić, a pomimo tego, że fabuła nie jest jakaś powalająca, to książkę polecam, szczególnie miłośnikom książek Kasie West i przyjemnych opowieści obyczajowo-młodzieżowych.
Na mojej półce stały od jakiegoś czasu dwie książki autorki Victorii aka V.E. Schwab, a mianowicie „Vicious“ i „Okrutna pieśń“. Bardzo chciałam poznać tę autorkę, więc wybrałam na początek właśnie pierwszy tom dulogii Świata Verity, czyli „Okrutną pieśń“. Czy warto ją przeczytać i zacząć przygodę z książkami V.E. Schwab? Zapraszam na recenzję!
Mamy tutaj świat dystopijny i Miasto Prawdy, w którym znacznie ważną rolę odgrywają trzy rodzaje potworów: Corsaje, Sunaje i Malchaje. Przed jakimś czasem to miasto zostało podzielone na Południowe i Północne. Po każdej stronie rządzą zupełnie inni przywódcy różnymi sposobami. W jednym za bezpieczeństwo przed potworami można zapłacić, w drugim życie jest mniej bogatsze. Głównymi bohaterami są Kate Harker i August Flynn, potomkowie tych przywódców. Kate jest córką okrutnego przywódcy Harkera, który ma pod sobą dwa rodzaje potworów, którym cierpliwość się kończy i zaczynają się później buntować. August jest potworem, jednym z trzech jedynych Sunajów, którzy skradają duszę grzeszników poprzez muzykę.
On jednak sam chciałby być człowiekiem, a Ona prawie tak okrutnym potworem jak jej ojciec.
Tych dwoje spotyka się w Akademii Colton, gdzie August musi ukrywać swoją tożsamość potwora, by być na blisku Kate, którą ewentualnie mogą Flynnowie wynegocjować z Harkerem, by utrzymać rozejm.
Książka ta jest z gatunku urban fantasy, z którym nie miałam jeszcze zupełnie do czynienia i muszę przyznać, że bardzo mi się spodobała. Jest to oryginalnie wykreowany dystopijny świat z ciekawą historią i potworami, z których mnie osobiście Sunajowie zaciekawili najbardziej. Bohaterowie nie są płytcy, książkę czyta się szybko i płynie się przez nią, tak jakbyśmy oglądali dobry serial. Szczerze, byłoby super coś takiego zobaczyć w serialowej produkcji.
Autorka V.E. Schwabzaskoczyła mnie pozytywnie, polubiłam jej styl pisania, który bardzo dobrze przedstawiał nam emocje bohaterów i nie tylko. Jednak na początku można trochę się pogubić, bo informacje o tym świecie otrzymujemy dość sporadycznie, ale jak już to solidnie (np. lekcja historii). Ten świat mnie bardzo zainteresował, więc liczę na to, że więcej dowiem się w drugim tomie, po który jak najbardziej sięgnę.
Dla kogo ta książka? Dla wszystkich, którzy lubią gatunki young adult, urban fantasy osadzone w dystopijnym mrocznym świecie. Dla tych, którym nie przeszkadza parę scen z przemocą i głównie dla tych, którzy chcieliby zacząć czytać twórczość V.E. Schwab.
Jakoś tak się złożyło, że zawsze oglądam ekranizacje powieści Jane Austen, a dopiero później je czytam. Z „Emmą“ próbowałam przełamać ten mój niechlubny zwyczaj, ale po przeczytaniu parę pierwszych rozdziałów zdecydowałam odłożyć lekturę na później, bo mnie za bardzo nie wciągnęła, a mój stosik książek do przeczytania stale rośnie, więc postanowiłam czytać coś innego. Jednak za jakiś czas skusiła mnie najnowsza adaptacja „Emmy“ do obejrzenia i właśnie o tej adaptacji chciałabym dzisiaj pogadać 😇.
Na początek jednak parę słów, o czym „Emma“ opowiada: mamy tutaj główną bohaterkę Emmę Woodhouse, która mieszka sama razem ze swoim ojcem, która w wolnych chwilach bawi się w swatkę. Po udanym zeswatanym zamążpójściu jej koleżanki, Emma zaczyna się nudzić. To się jednak zmienia, kiedy poznaje Harriet Smith, biedną dziewczynę z sierocińca, z którą się zaprzyjaźnia i postanawia ją też w najbliższej okazji zeswatać, nie dbając na rady kogokolwiek. Sama historia jest przeplatana wieloma pomyłkami głównych bohaterów i pozwala z satyrycznego punktu widzenia poznać środowisko i poglądy społeczeństwa i czasy, w których tworzyła i żyła sama Jane Austen.
Nietradycjnie tradycyjne podejście do ekranizacji
Wiele zostało tradycyjnych adaptacji „Emmy“ zekranizowanych, dlaczego więc robić następne? Takie pytanie chyba każdy z nas zadaje, kiedy sprawdza premiery kinowe adaptacji światowie znanych książek, które nie wyglądają, żeby przyniosły coś nowego. Jednak pomimo tego, że film „Emma.“ nie jest pierwszą ani ostatnią adaptacją tego popularnego dzieła Jane Austen, to można tutaj zauważyć, czy chociaż mieć poczucie tej nietradycyjności, w tradycyjnym dziele. Sami aktorzy wyglądają naturalnie, nie zobaczycie tutaj aktorek z kafelkami makijażu, tak logicznie nieprawdziwym w epoce austenowskiej. Muzyka też zaskakuje, bo pełno tutaj utworów a ccapella, które oddają typowy klimat ówczesnej epoki, a występy muzyczne w filmie naprawdę wykonywali aktorzy.
Obsada aktorska została bardzo dobrze dobrana, bo potrafimy nie tylko wyczuć chemię między głównymi bohaterami, ale pozostali aktorzy świetnie się spisali w własnym portretowaniu bohaterów. Aktorka, która zagrała tytułową Emmę, Anya Taylor-Joy udowodniła, że jeszcze o niej w filmowej przyszłości usłyszymy, a Bill Nighy w roli ojca Emmy zaskoczy nie jednego widza, znającego go tylko z takich filmów typu „Love Actually“.
Dla kogo ten film?
Zdecydowanie dla wszystkich fanówJane Austen. Pomimo tych wiele ekranizacji powieści Austen, ta będzie należała do moich ulubionych. Nie jest to jakieś wybitnie hollywoodzkie kino, ale świeżo satyryczno-komicznie przedstawiona powieść właśnie tej autorki. Myślę, że „Emma“ jako debiut reżyserski Autumn de Wilde się udał i zachęcam zapoznaniem się z nim, nie tylko fanów, ale także dla tych, którzy chcieliby obejrzeć coś świeżego, a zarazem znajomego o czasach Jane Austen.
A Wy widzieliście już nową „Emmę“? Co o niej sądzicie? Chętnie zapoznam się z różnymi opiniami w komentarzach! Ja osobiście się w bliskiej przyszłości wezmę za rozpoczętą lekturę „Emmy“ i później porównam z filmem.
Pierwsze cztery książki z mojego TBR, nie licząc „Trzy kroki od siebie“ ! Yeeey ... No tak, wiem, jeszcze sporo książek przede mną, ale na pewno jakoś zdążę więcej przeczytać 😊.
Teraz przejdźmy do rzeczy - „mini książkowe recenzje“ będą się pojawiać co jakiś czas, kiedy przeczytam jakąś grupę książek, nie tylko z TBR. Oczywiście, jak będę się chciała bardziej rozpisać o jednej pozycji, to pojawi się osobny post na ten temat.
Zaczynajmy!
Będzie bolało -Adam Kay
Historia drogi kariery lekarza, samego autora tej kiążki, która pomimo trudniejszych tematów jest prostą w odbiorze, nawet przez nie wtajemniczonych w świat medycyny. Jest pisana w formie dziennika stażysty, który powoli wspina się po szczeblach kariery lekarskiej, opowiadając o prześmiesznych, absurdalnych, ale i też wzruszających momentach pracy lekarza. Przy czytaniu towarzyszy nam świeży, czasami sarkastyczny humor autora, wspominając o tych prawdziwych wydarzeniach jego byłej pracy.
Książka, po której „nie bolało“, ale raczej którą się będzie miło wspominać i która zachęci do czytania więcej „okołomedycznych książek“. Polecam wszystkim, a tym którzy się interesują, chociaż trochę medycyną, to lektura obowiązkowa.
Może tym razem - Kasie West
Zdecydowanie jedna z idealnych pozycji na lato mojej biblioteczki. Opowiada historię Sophie i Andrew, którzy spotykają się przez rok na dziewięciu nie tylko miejskich imprezach. Sophie nie przepada z początku za aroganckim Andrew z bogatej rodziny, ale marząc o dostaniu się na uniwersytet w Nowym Jorku, decyduje się zacisnąć zęby i dalej pracować dla miejskiej kwiaciarni, w tym szykować ozdoby na miejskie imprezy, gdzie gotuje znany kucharz, ojciec Andrew.
Opowieść Kasie West jest lekką i przyjemną w czytaniu, dlatego zdecydowałam ją polecać specjalnie na lato. Czyta się ją szybko a klimaty imprez miejskich świetnie służą jako tło nieskomplikowanej fabuły. Książka na raz, ale fajna pozycja na letni wieczór lub na zrelaksowanie się po długim dniu.
Siedmiu mężów Evelyn Hugo
- Taylor Jenkins Reid
Tytuł jak najbardziej pasuje do historii, bo książka opowiada właśnie o siedmiu mężach sławnej, fikcyjnej aktorki Evelyn Hugo, której życie jest znane z kilka skandali, ale też i oddania się karierze w Hollywood. Właśnie z taką filmową ikoną, porównywalną do Marylin Monroe i mojej ulubionej Audrey Hepburn, ma przeprowadzić wywiad Monique Grant, którą pono osobiście wybrała sama Evelyn. Dlaczego właśnie Monique ma jako pierwsza usłyszeć prawdziwą opowieść słynnej gwiazdy o jej burzliwym życiu?
Książka tyle razy zachwalana przez każdego napotkanego recenzenta na BookTubie, Bookstagramie i Bookblogu i na portalach recenzenckich. Skoro taki szum około książki z tematami filmu, Hollywood w drugiej połowie XX. wieku, to musiałam przeczytać, by się na własnej skórze przekonać czy warto. Szczerze, to jestem chyba jedną z bardzo nielicznej grupy czytelników, którym się książka słabo spodobała. Fabuła często mnie zaskakiwała, a książka jednak trochę jest wciągająca, chociaż opowiada o słodko-gorzkim życiu poza kulisami sławnej aktorki - to by było na tyle plusów. Liczyłam na więcej pokazanie kulisów Hollywood, nie tylko na walkę aktorki o nowe role i całodobowe pokazywanie na co ją stać i jak daleko może się posunąć, by zdobyć właśnie tę rolę. Rozumiem, że dla osób takich jak ona było trudne pokazać publiczności i światu, kto właściwie jest jej życiową miłością, nie narażając siebie i drugą połówkę na stratę reputacji. Takie poświęcenia są zrozumiane, chociaż z drugiej strony, nie nazwałabym tej historii, jako najlepszą historię miłosną. Czekając na końcowy plot twist, zmuszałam się do czytania, bo opowieść z początku w ogóle, nawet i w połowie, mnie nie wciągała. Dopiero później mnie wkręciła, ale koniec mnie za bardzo nie zaskoczył, trochę się domyślałam, z kim to będzie miało związek i dlatego wcale nie wbił mnie w fotel.
Podsumowując, liczyłam na znacznie więcej.
Wiecznie żywy - Isaac Marion
Co by powstało, gdybyśmy historię Romea i Julii przenieśli do czasów apokalipsy zoombie? Powstałaby właśnie ta bardzo znana historia w niezwyczajnym wydaniu. W sumie o tym właśnie jest „Wiecznie żywy“, ale z wieloma różnymi szczegółami. Nasz główny narrator, zoombie, nazywa się R (resztę imienia nie pamięta) i opowiada nam historię ze swojego punktu widzenia, w postaci wewnętrznego monologu (zoombie za bardzo nie są gadatliwi), trafnie postrzegając rzeczywistość obok, pomimo bycia zoombie. Przypadkowo zjada mózg byłego naszej głównej bohaterki Julie, którą postanawia po ataku innych zoombie ukryć.
Po tym, jak obejrzałam film, chyba ze dwa lata temu, postanowiłam przeczytać też książkę. Fabuła bardzo mi się spodobała, a zarówno film i książkę będę polecać. Podobało mi się trochę inne podejście do słynnego dramatu Szekspira, więc jeżeli chcielibyście przeczytać coś innego, z tematyką postapokaliptyczną i ze zoombie, niegłupim romansem, to śmiało czytajcie serię Isaaca Mariona.
Nigdy bym niepomyślała, że jeden koreański serial stanie się moim najbardziej ulubionym ze wszystkich, których kiedykolwiek widziałam. Tak się właśnie stało z k-dramą „Crash Landing On You“, którą obejrzałam niedawno. Chciałam sobie zrobić przerwę od skandali i intryg Nowego Jorku z „Gossip girl“ i pomyślałam, widząc CLOY w mojej liście netflixa, że obejrzę sobie, by się trochę oderwać i zrelaksować. W ogóle nie oczekiwałam czegoś tak pięknego i przyjemnego w oglądaniu.
Nigdy nie byłam zainteresowana koreańską popkulturą, nie ciągnęło mnie obejrzeć k-dramy, posłuchać k-pop i tak dalej... Ale po przeczytaniu posta na blogu gosiarella.pl , w którym dowiedziałam się o tym serialu, postanowiłam dorzucić go na moją listę do obejrzenia w przyszłości. Tak się złożyło, że akurat teraz obejrzałam i po prostu nie mogę się zainteresować w ten moment czymś innym. Dlaczego warto obejrzeć? Zapraszam do czytania.
O czym opowiada?
Serial opowiada nam co prawda bardzo nieprawdopodobną historię,bo oYoon Se-ribogatej właścicielce firmy Seri's Choice z Korei Południowej, która testując nową firmową odzież do ekstremalnych sportów podczas lotu paralotnią, ląduje w Korei Północnej, gdzie znajduje ją kapitan kampanii wojskowej RiJeong Hyeok i postanawia ją ukryć. Jak się chyba domyślacie, między nimi zacznie się powoli rodzić uczucie.
Na początku myślałam, że będzie to jakiś melodramatyczny romans, za bardzo nic nie wznoszący do życia i podobny do wszystkich innych, które już gdzieś widzieliśmy. Otóż, myliłam się! Oprócz oczywiście delikatnego romansu między dwójką głównych bohaterów, znajdziemy tutaj wiele innych wątków pobocznych, w tym np. problematyczne stosunki rodzinne, originalne przedstawienie postaci głównych i pobocznych, mnóstwo akcji, plot twisty, momenty, które wzruszają i śmieszą i wiele innych...
Bohaterowie
Jak już wspominałam, twórcy oryginalnie nakreślili bohaterów głównych, jak i pobocznych, warto wspomnieć też imponujący rozwój postaci w trakcie całego serialu.
Główna bohaterka Se-ri, zmienia się po wypadku, po którym ląduje w zupełnie różnym miejscu do tego w jakim była przyzwyczajona żyć, na trochę inną osobę, którą ukrywała głęboko pod przykrywką ostrej szefowej. Kiedy trafia do Korei Północnej, stara się najpierw ukrywać a potem wpasować się w ten całkiem inny świat, doprowadzając czasami do groteskowych scen, a czasami do nawet wzruszających. Jest po prostu ludzka i chyba każda z nas zachowałaby się podobnie w takich sytuacjach. Próbuje rozgryźć kapitana Ri, który nie jest za bardzo otwartym gościem, ale na którego można polegać w każdej sytuacji. Jednak poznając trochę z jego przeszłości, zrozumiemy dlaczego tak zamknął się w sobie, a aż za pomocą Se-rizaczyna czerpać radość z chwil i swojej dawnej pasji.
Ich droga, na której powoli rodzi się uczucie między nimi jest niesamowicie nakreślona. Zupełnie coś innego niż zachodnie produkcje, na które byłam przyzwyczajona. Mogę z resztą stwierdzić, że wyszło nawet lepiej i nie mogłam się napatrzyć tych śmiesznych, ale zarazem i wzruszających momentów głównej pary.
Poznajemy również kilka żołnierzy, którzy nie uważając, doprowadzili do tego, że Se-ri trafiła przed dom kapitana. Ci żołnierze rozbawiali mnie za każdym razem do łez i swoją różnością charakterów dodawali całej w zasadzie smutnej historii humor zawsze tam, kiedy już nam go zaczyna brakować. Jeszcze śmieszniejsze jest to, że jeden z tych żołnierzy ogląda potajemnie południowokoreańskie seriale i na podstawie nich tłumaczy reszcie załogi, co właśnie miała Se-ri na myśli, doprowadzając tym do różnych śmiesznych momentów. I ta opiekuńczość wobec Se-ri zarazem jak kapitana Ri, tak i tej przezabawnej grupy żołnierzy nie znała granic.
Jeszcze warto wspomnieć inne poboczne postacie, w tym grupę kobiet z osiedla północnokoreańskiego, gdzie trafiła Se-ri, ukrywającego się oszusta z Korei Południowej i wiele innych.
Oprócz głównej pary mamy tutaj i parę poboczną, która nie mniej wzrusza i sprawia, że im kibicujemy aż do samego końca.
Polubiłam ich wszystkich.
Kontrast między Koreami
Jak już z fabuły wynika, możemy się spodziewać tutaj znacznego kontrastu między Koreą Południową i Koreą Północną. I rzeczywiście go dostajemy.
Podczas oglądania, narzucanych różnic pomiędzy tymi dwoma państwami jest mnóstwo, począwszy od akcentu, przechodząc przez różnice w codziennym życiu i kończąc na ustroju państwa. Sama nie potrafię powiedzieć, czy rzeczywiście twórcy nakreślili rzeczywisty wizerunek Korei Północnej, ponieważ osobiście wiem o tym państwie tylko kilka rzeczy, ale czytałam, że bardzo dobrze przedstawili nam zwyczaje i stroje mieszkańców. Aktorzy nawet nauczyli się akcentu północnokoreańskiego, który jednak się różni od tego południowego, co rzeczywiście dodało świeżości do produkcji.
Na początku każdego odcinka mamy krótką notkę, że wszystkie organizacje, wydarzenia i postacie są fikcyjne, więc nie możemy brać tej dramy jako zupełne odzwierciedlenie Korei Północnej, ale myślę, że jednak na podstawie tego, co czytałam i oglądałam, że twórcy podeszli do tego tematu na podstawie zeznań i opowiadań zbiegów północnokoreańskich, więc podstawowy zarys na pewno jest prawdziwy.
Podobało mi się, że chociaż stosunki między tymi państwami są wrogie, to nie znajdziemy tutaj Koreę Północną przedstawioną jak „najgorsze z najgorszych“, ale pokazana została i z tej dobrej strony, gdzie głównie mieszkańcy wioski i ich życia skradają całą uwagę widza i powodują, że ich zaczynamy lubić i im kibicować.
Magia historii
Bardzo się zakochałam w historii, opowiedzianej właśnie przez ten serial. Od początku aż do samego końca trzyma nas, że musimy oglądać dalej. Historia miłosna głównych bohaterów jest tak pięknie opowiedziana, ponieważ nie jest oparta na jakiejś toksycznej podstawie ani podobna do „Romea i Julii“, jak by się mogło na początku wydawać. Mamy tutaj powoli budujące się uczucie, oparte na zaufaniu i poświęceniu, doprawione często wspominanym przeznaczeniem. Szalenie mi się spodobały flashbacki z przeszłości bohaterów, którzy już wiele razy się spotkali w najbardziej emocjonalnych własnych momentach, w ogóle o tym nie wiedząc. Tyle przezabawnych scen z drużyną żołnierzy, grupy kobiet z osiedla i drugoplanową parą - dopełniają historię tyloma niezapomnianymi momentami zaraz obok tych z głównymi bohaterami. Już dużo obejrzałam romantycznych komedii, seriali i innych filmów, ale z czymś takim jeszcze się nie spotkałam. Zdecydowanie najbardziej magiczna historia, jaką widziałam lub czytałam.
Opowieść dopełniają flashbacki i epilogi, które możemy zobaczyć po lub przed napisami końcowymi, więc polecam oglądać odcinki aż do samego końca. Dzięki tym epilogom możemy zrozumieć dlaczego coś się wydarzyło właśnie tak, a nie inaczej lub możemy widzieć te same sceny z różnych punktów widzenia, patrząc np. z perspektywy innych postaci.
Moje wrażenia i dlaczego warto oglądać
Po pierwsze oprócz niebanalnej historii miłosnej, możemy tutaj znaleźć wiele innych wątków pobocznych, charakteryzujących wiele postaci i środowisk, w których żyją, a nawet kilka scen akcji. Mamy tutaj obraz Korei Północnej trochę wymyślonej, ale opartej na prawdziwych zeznaniach innych ludzi, którzy stamtąd pochodzą. Dzienne rutyny mieszkańców Korei Północnej i Południowej są przedstawione w zabawny sposób licznych przeżyć postaci pierwszoplanowych jak i drugoplanowych.
Przepięknych lokacji także nie brak, nie tylko tych ze Szwajcarii, które sprawiają, że aż chciałoby się tam zaraz pojechać.
Do tego bardzo przyjemna ścieżka dźwiękowa, która czasami działa jak dodatkowy wyciskacz łez, aktywujący się w przypadku niepowodzenia tego pierwszego w formie scen.
Trzeba wspomnieć o genialnie zagranych rolach przez aktorów pierwszoplanowych i drugoplanowych. Hyun Bin i Son Ye-jin tworzą razem niesamowitą chemię między głównymi bohaterami, którą nie tak łatwo spotkać w innych produkcjach. Czy trzeba wyliczać dalej?
Ja sama po obejrzeniu tej dramy miałam takiego kaca, że zdecydowałam się na natychmiastowy rewatch. Bardzo polecam wszystkim, którzy chcieliby obejrzeć coś innego od tych zachodnich produkcji, coś wzruszającego, ale zarazem z dużą dawką humoru. Polecam także dla tych, którzy jak ja, nie oglądali nigdy żadnej k-dramy lub innego koreańskiego serialu - CLOY jak najbardziej zachęci do oglądania i zapoznania się z popkulturą koreańską.
P.S. Dorzucam dwa utworki, które najbardziej mi się spodobały z całego soundtracku, ale polecam przesłuchać całego, ponieważ zdecydowanie warto posłuchać takie soundtrackowe muzyczne perełki.
Dopiero niedawno zaznajomiłam się z twórczością Tahereh Mafi, a to poprzez jej sławną trylogię „Dotyk Julii“. Może już wiecie o czym jest ta książka, ale pozwolę sobie najpierw wyjaśnić o co w niej tak w ogóle chodzi.
Fabuła
Mamy tutaj główną bohaterkę Julię, która ma specyficzną i bardzo niebezpieczną dla innych moc - jej dotyk zabija. Z tego też powodu rodzice pozwolili, żeby ją zamknięto w takim zakładzie psychiatrycznym, gdzie sama siedzi sobie w celi, aż do pewnego razu, gdy zostanie jej przydzielony współlokator Adam. Później chce ją wykorzystać do swych celów Warner, syn naczelnego dowódcy i lider sektora, w którym toczy się cała akcja trylogii. Warto jeszcze wspomnieć, że jest to dystopiczny świat, który powstał po wielu żywiołowych katastrofach.
Tak naprawdę przez całą trylogię śledzimy losy Julii, która powoli zaczyna przyzwyczajać się do swojego „daru“ i odkrywa stale więcej tajemnic, nie tylko dotyczących jej, ale także i Warnera, Adama i wiele innych osób, których poznajemy podczas lektury.
Kreacja świata
Trochę mi żal, że świat, który stworzyła autorka nie poznajemy trochę dokładniej. Niby wiemy, że Stany Zjednoczone są podzielone na sektory i chyba reszta świata też, że rządzi jedna partia, która dużo tego naobiecywała, ale po tych wszystkich katastrofach, coraz więcej jest biednych ludzi, niż bogatych. Ja jednak chciałabym więcej poznać ten świat, nie tylko z perspektywy Julii, która po jakimś czasie wychodzi z psychiatrycznego zakładu i nic nie wie, tak samo jak czytelnik.
Bohaterowie
Główną bohaterką jest już wspominana Julia, której dotyk ubliża, newet i zabija innych. Na początku jest bardzo słabą kruszynką, która za nic nikomu nie chce ubliżyć. Kiedy dociera do Warnera, to jej zachowanie jest nawet buntownicze, ale nieracjonalne. Zakochuje się w Adamie (myślę, że te relacje miłosne głównej bohaterki nie są spojlerami), ale ta ich miłość bardziej przypomina taką relację, której nasza bohaterka łapczywie się przyczepiła, ponieważ nigdy tak naprawdę nikt jej nie kochał. W tej kwestii jej nawet współczuję i nie mogę powiedzieć, że jej nie polubiłam, ponieważ to, jaką przemianę wewnętrzną przechodzi podczas całej trylogii, mnie bardzo do niej przekonało. Z upłakanej dziewczyny staje się całkiem silna kobieta, która staje się niezależna i bardziej pewna siebie.
Z kolei Adam, już nie przechodzi satysfakcjonującej przemiany wewnętrznej - wręcz przeciwnie. Z ochranialskiego i odważnego chłopaka staje się zazdrosny nieudacznik, który nie potrafi z początku odpuścić sobie i zaczyna traktować Julię, jako jego małą dziewczynkę, którą musi się opiekować, ponieważ ona nie da sama rady (jednak my już wiemy, że dziewczyna potrafi sama o siebie zadbać).
Trzecim głównym bohaterem jest Warner, wysoko postawiony młody mężczyzna, który się stał jednym z moich najbardziej ulubionych bohaterów książkowych. Na początku odbieramy go jako czarny charakter tej historii i rzeczywiście w pierwszym tomie tak jest, ale później do nas wszystko zaczyna docierać, dlaczego zachowywał się i postępował właśnie w taki sposób a nie inny. Jest bardzo intrygującą postacią, który wydaje się mieć obsesję na temat Julii, a on ją tak naprawdę po prostu kocha i nie chce jej wykorzystywać, do zabijania itp. Szczerze, jego obsesją jest czystość, ponieważ lubi chodzić zawsze nienagannie ubrany (nagle mi się przypomniał Elijah z The Originals - przypadek?).
Nie mogę zapomnieć jeszcze o jednym bohaterze, którego poznajemy, a jest nim Kenji, przyjaciel Julii, który jest przezabawny i dodaje tej całej historii humoru, przy którym nie sposób się nie uśmiechać.
Podsumowanie
Najbardziej mi się podobał chyba ostatni tom, potem drugi a na sam koniec pierwszy. Myślałam, że w pierwszym będzie się więcej działo, ale pomimo moich ulubionych fragmentów z Warnerem, tom pierwszy nie był najlepszy. Cieszę się, że kupiłam całą trylogię i dodatek w jednym wydaniu, ponieważ połknęłam całość na raz i nie musiałam czekać na kolejne tomy, by zaspokoić moją ciekawość czyteniczą. Plusem też były dodatki, wydane w Polsce pod nazwą „Julia. Trzy tajemnice“, z której nowelka „Destroy me“ najbardziej mi się podobała, ponieważ był to tomik między pierwszą i drugą częścią, opowiadającym z perspektywy Warnera.
Bardzo ciekawy był też styl autorki, który był oryginalny, a nawet taki mól książkowy jak ja, nie spotkał się nigdy z takim. Najbardziej można poznać to właśnie wtedy, gdy Julia jest jeszcze w swojej celi sama i pisze w dzienniku.
Warto sięgać po te książki, nawet po przeczytaniu trochę kiepskiego pierwszego tomu? Warto. Czy czytanie idzie gładko, pomimo specyficznego stylu Mafi? Idzie.
Jeżeli Was historia zainteresowała, to sięgajcie po tę serię (stwierdziłam, że autorka napisała następne tomy), nie jest ona najwybitniejsza, ale całkiem spoko i intrygująca w pewnym stopniu tak.
„Trzy kroki od siebie“ to nietypowa opowieść o dwóch nastolatkach chorych na mukowiscydozę. Co to za choroba i na czym w skrócie polega:
Mukowiscydoza to choroba nieuleczalna i genetyczna związana z nieprawidłową mutacją genową. Powoduje zaburzenia układu oddechowego, pokarmowego i rozrodczego. Mukowiscydoza przyczynia się też do m.in. marskości wątroby i zaburzenia wydolności płuc i nawet całkowitej ich niewydolności - wtedy konieczny jest przeszczep płuc. Leczenie mukowiscydozy polega na złagodzeniu objawów poprzez używanie leków, leczenie terapią i pomocy w przedłużeniu życia pacjenta. Reguła, obowiązująca dla pacjentów jest trzymanie się z dala (6 stóp) od innych chorych na mukowiscydozę w celu uniknięcia zakażenia krzyżowego (wymiana bakterii).
Z takimi problemami potykają się obaj nasi bohaterowie, Stella i Will, który jest jeszcze w dodatku zakażony bakterią B cepacia, która jest odporna na wiele leków, w tym antybiotyki.
Szpital, gdzie się nasi bohaterowie spotykają, Stella zna bardzo dobrze już od dziecka i traktuje go jako swój drugi dom. Kiedy spotyka Willa, ryzykownego i nieprzykładającego się do leczenia chłopaka, postanawia mu pomóc w organizacji terapii za pomocą aplikacji, którą w wolnym czasie poza nagrywaniem vloga na youtube stworzyła. Po jakimś czasie między nimi zaczyna się rodzić uczucie i pomimo ryzyka, jakie niesie ze sobą chroroba, zakochują się w sobie.
Książkę „Trzy kroki od siebie“ Rachael Lippincott, Mikki Daughtry i Tobiasa Iaconisa czytało się całkiem szybko i przyjemnie. Pomimo tego, że wątek miłości chorych nastolatków na śmiertelną chorobę już jest dosyć znany, nie tylko za sprawą „Gwiazd naszych wina“, to ta książka opowiada zupełnie o czymś innym, czymś świeżym i fabuła miejscami wzrusza jak i zarazem zaskakuje.
Autorzy stworzyli bohaterów o takich osobowościach, w których tchnęli prawdziwe życie. Bohaterowie mają silne strony, jak i słabości. Nie są drętwi, tylko prawdziwi z różnymi problemami życiowymi, z którymi się potykają, a mowa tutaj nie tylko o chorobie.
Podobny jest zresztą i film. Od książki nie różni się prawie w niczym, poza jakimiś małymi detalami. Aktorzy bardzo dobrze zportretowali bohaterów tej książki. Oprócz odtwórcy Willa, Cole'a Sprouse'a, aktorka Haley Lu Richardson szczególnie wczuła się w bohaterkę i naprawdę przeniosła książkową Stellę na duży ekran. Muszę jeszcze dodać, że pielęgniarka Barb, barwna postać takiej trochę szpitalnej „mamy“ wszystkich pacjentów na oddziale muko, też zasługuje na pochwałę.
Warto wspomnieć, że ta poruszająca historia nie jest całkiem zmyślana. Film został dedykowany pewnej Claire Wineland, młodej dziewczynie, która też była chora na mukowiscydozę. Założyła fundację „Claire's Place Foundation”, która pomaga i wspiera finansowo osoby chore na mukowiscydozę i ich rodziny. Claire kręciła też osobiste vlogi na youtube, które nagrywała też nasza fikcyjna Stella. Samych głównych aktorów przygotowywała i doradzała na planie filmowym. Niestety Claire zmarła jeszcze przed premierą filmu.
Po przeczytaniu książki miałam jakieś oczekiwania wobec filmu i całkiem się sprawdziły. Trochę tylko żałuję, że w filmie nie zamieszczono sceny „osiem miesięcy później“, która jest w książce, ale to i tak nie ma znaczenia, bo w internecie można ją znaleźć.
Podsumowując, film polecam szczególnie dla osób, którzy książki nie czytają, a chcieliby się zapoznać z tą wzruszającą historią. Książkę polecam także dla tych, którzy chcieliby wiedzieć coś na temat mukowiscydozy a przy okazji przeczytać coś lekkiego, pomimo trudnej problematyki i zarazem coś wartościowego.
Czasami uwielbiam się zanurzyć poprzez czytanie książek i oglądanie filmów w takie przepychowe miejsca, jak pałace otoczone rozmaitymi kolorami ogrodów i tajemnicą owianą wokół tego miejsca. Dlatego też sięgnęłam po „Roziskrzone noce“ Beatrix Gurian, która po przeczytaniu opisu z tyłu okładki, obiecywała właśnie taką przygodę.
Zacznijmy od początku, przedstawiając główną bohaterkę, Philę, której matka wkrótce wychodzi za mąż za hrabiego Frederika z północnej Danii. Frederik, jak większość hrabiów posiada piękny, duży pałac, otoczony ogromnym ogrodem, od którego niedaleko nawet na plażę. Brzmi bajkowo, prawda? Jednak cała ta przeprowadzka z jej lubianego miejskiego zgiełku Berlina nie jest dla naszej bohaterki bajką, a gdyby miała wybór, to na pewno by została w mieście.
Phila jest z początku taką typową, trochę zbuntowaną nastolatką, która za bardzo nie toleruje wkładania ładnych sukienek a raczej lubi po prostu powygłupiać sią z koleżankami (w zasadzie jedną, która często jej doradza w sprawach sercowych) lub z jej uroczym młodszym braciszkiem, który jeszcze życie i tą całą przeprowadzkę ma za jedną wielką przygodę. Czytając tę książkę i śledząc losy naszej bohaterki czasami kręciłam głową, gdy Phila podejmowała pochopne decyzje lub nieracjonalnie się zachowywała, ale w ostateczności ją polubiłam.
Wracając do fabuły chciałabym wspomnieć o pierwszym dziwnym zdarzeniu, które spotkało Philę podczas jej podróży do północnej Danii, na zamek Ravensholm. Otóż mała, nieszczęsna sarenka wpadła pod koła limuzyny, w której podróżowali. Frederik jednak zabija ją przed oczami wszystkich, ale kiedy przyjeżdżają do pałacu, to podczas kolacji nikt już nie pamięta o tym zdarzeniu, oprócz (zgadnijcie kogo) naszej bohaterki Phili. Później Phila zaczyna widzieć bardzo dziwne rzeczy, aż czasami nawet ja nie mogłam w nie uwierzyć i mocno się zastanowiałam, o co mogło naszej autorce chodzić podczas pisania tej powieści.
Dużo akcji rozpoczyna stwierdzenie głównej bohaterki, że na w pałacu Ravensholm jest nawet tajne stowarzyszenie wolnomularskie. Do tego dojdzie niewyjaśniona sprawa, związana z tragicznym wypadkiem byłej żony Frederika i jego córki Madity oraz tajemnica jego syna Nielsa, a wszystko to jest otoczone i w jakiś sposób powiązane delikatnie z mitologią nordycką, która tu i tam odgrywa przewodnią rolę całej fabuły.
Pomimo trochę innych oczekiwań, cieszę się, że mogłam przeczytać tę książkę i będę ją polecać zwłaszcza ze względu na wątek tajnego stowarzyszenia (wolnomularskiego), bo to było dla mnie o wiele ciekawsze niż za szybko potoczony romans Phili i Nielsa.
Myślę, że książka spełniła swoją misję, którą obiecywała, bo mamy tu sekrety, piękną okolicę, niespodziankę w postaci szczypty nordyckiej mitologii, spiski, tajemnice i nawet napięcie towarzyszące przy niebezpiecznych przygodach Phili nie tylko w pałacu Ravensholm. Jeśli takie są Wasze klimaty, to sięgajcie koniecznie! Szczególnie polecam, gdyby ktoś chciał trochę uciec od swoich problemów w takie odległe miejsce, owiane niejedną tajemnicą.
Dopiero niedawno słuchałam tej płyty popularnego hiszpańskiego piosenkarza, Alvaro Solera. „Mar De Colores“ wprawdzie ukazała się już w 2018 roku, ale na pewno będzie aktualna dla każdego nadchodzącego lata. Kto by nie chciał słuchać przyjemnych melodii, przesyconych słońcem i wakacjami, nawet w inną porę roku? „Mar De Colores“ zapewni dobrą rozrywkę na imprezie, ale i też przy zwakłym relaksowaniu w domu.
Ja chciałabym się jednak podzielić wrażeniami z nowego wydania tej płyty, czyli „Mar De Colores (Versión Extendida)“. Jest to wprawdzie ten sam album, ale z dodanymi do niego duetami i innymi nowymi piosenkami.
Pierwszą piosenką jest „La Libertad“, goszczącą nie tak dawno w listach przebojów różnych radiowych stacji. Jest energiczna i podobna do innych znanych hitów Alvara. „La Libertad“ oznacza wolność i o dążeniu do wolności jest właśnie ta piosenka. Podobnie jak „La Libertad“, tak i nastąpna piosenka „Loca“ jest dodaną do nowego wydania tego albumu. Przy pierwszym słuchaniu bardzo mnie urzekło pianino na początku piosenki. Mam wrażenie, jakbym się znałazła w podwieczór na ulicy, gdzieś w Hiszpanii lub na Kubie. Jest to piosenka bardzo klimatyczna, a po refrenie, w którym Alvaro śpiewa, jak traci rozum z powodu miłości, następuje subtelne solo trąbki, która jeszcze bardziej podkreśla klimat i nie daje o siebie zapomnieć przez całą piosenkę.
Następnie płynnie przechodzimy do „La Cintura“, czyli do gorącego hitu zeszłorocznego lata. To oryginalnie pierwsza piosenka na pierwotnym albumie, a w nowym wydaniu znajdziemy też wersję z TINI i Flo Rida. „Histerico“ to następna taneczna piosenka z podobnymi klimatem i rytmem jak „La Cintura“. Natomiast „Te Quiero Lento“ od pierwszych tonów skradło moje serce, jako urocza, miła, przyjemna piosenka z wpadającą w ucho melodią. Piosenkarz tym razem przyznaje, że trzeba w życiu trochę zwolnić i dostrzec piękno w drobiazgach życia ze swoją ukochaną osobą. „Te Quiero Lento“ znaczy dosłownie „ Kocham Cię Powoli“ i na pewno to będzie jedna z moich ulubionych piosenek Alvara. Spokojniejszą piosenką jest też „Ella“. Skłaniająca do refleksji i do wędrówki między naszymi wspomnieniami, „Ella“ jest opowieścią o miłości z nutą rozpaczy.
Jednak weselszą piosenką, następną z kolei jest „Puebla“, zachęcająca do chwytania każdego momentu i poprostu do zatańczenia i cieszenia się przy tym z drobiazgów.
W bardzo latynoskim rytmie przechodzimy do „Au, Au, Au“, w której Alvaro zakochuje się w kobiecie powszechnie „nazywaną w Argentynie żmiją“. Piosenka jest krótka i zleci szybko, podobnie jak następna. Mowa tu o „Fuego“, czyli o ogniu, który płonie, ale jednak dla zapomnianej miłości, która złamała serce nie tylko Alvarowi, ale i nawet Nico Santosowi, którzy o tym śpiewają razem w tym właśnie utworze.
Następną piosenką jest „Veneno“, która po paru pierwszych nutach zaskakująco odrzuca od automatycznie nastawionego charakteru piosenki, a przechodzi w coś zupełnie innego, rytmicznego i bardzo toksycznie uzależniającego, że potrafię słuchać tego w nieskończoność. „Veneno“ oddaje muzyczny charakter tekstu, którym Alvaro śpiewa o utopijnym, nawet toksycznym związku - właśnie „Veneno“ to w hiszpańskim trucizna. Ja się absolutnie pozytywnie zatrułam tą piosenką i za mnie to zdecydowanie najlepsza piosenka z tego krążka, może nawet w ogóle z całej kariery Solera. W każdym przypadku przejdźmy dalej: „Piękna“, czyli „Bonita“ jest następną z tych krótszych utworów tej płyty i już od pierwszych nut mi przypomina pewną starą piosenkę „La Camisa Negra“, pamiętacie ją jeszcze?
W bardzo hiszpańskich klimatach, Alvaro tęsknie śpiewa „No Te Vayas“, która wcale nie jest rozpaczliwa, wręcz przeciwnie. Chociaż tytuł „Nie Odchodź“ sugeruje nam smutne klimaty, to znów mam uczucie, jakbym przechodziła gdzieś przez ulicę w Barcelonie.
Jednak „Niño Perdido“ to już wolniejszy utwór. Rozpoczyna go nastrojowe pianino, a cały utwór na swój sposób stopniowo nabiera na sile, a na końcu w efekcie otrzymujemy prawdziwe brzmienie, cały czas ukrywane.
Kolejną krótszą piosenką jest „Toro“, która wprowadza nas w leniwy, choć przyjemny nastrój. „Yo contigo, Tú Conmigo“ to jeden ze świeżych i energicznych utworów, który jest doskonałym przeciwstawieniem „Toro“. Zaraz potem następuje nowa odsłona „La Cintura“, o której już wspominałam wcześniej. Alvaro w połączeniu z Tini i Flo Rida to coś nowego, chociaż „La Cintura“ w tej odsłonie jest prawie identyczna z oryginalną wersją solo.
Wreszcie słyszę piosenkę, na którą czekam, słuchając cały album. Mowa tu o niesamowitym duecie Alvara z Birdy. W tej wersji „Let It Go“ zakochałam się od pierwszego słuchania. Birdy znałam tylko trochę, a to za sprawą jej udanego coveru „Skinny Love“, ale gdy widziałam, że razem z Alvarem nagrała piosenkę z roku 2015, to musiałam po prostu posłuchać, jak hiszpański język zaaklimatyzuje się w tym utworze. Naprawdę cieszę się, że ten kawałek Birdy nagrała razem z Alvarem. Dynamicznie stopniujący, z cudownie zawartym pięknem, opowiadający o sile odpuszczenia utwór, jest według mnie lepszy nawet od tej wersji, gdzie Birdy zaśpiewała razem z Rhodes. Po magicznym nastroju, kolejnym i zarazem ostatnim utworem z albumu „Mar De Colores (Version Extendida)“ jest „Lo Mismo“, czyli „Nie Obchodzi Mnie To“. Znów mamy tutaj duet, tym razem z nowym połączeniem francuskiego z hiszpańskim, co też całkiem nieźle wychodzi.
Podsumowując, Alvaro pisze niebanalne teksty, a w jego piosenkach, chociaż bardzo podobnych charakterem do pozostałych, można znaleźć coś innego, energicznego, motywującego i pobudzającego do tańczenia. Wiem, że wakacje już za nami, ale pozwólmy sobie na odrobinę relaksu w postaci słuchania „Mar De Colores“, które nam przypomni nasze letnie wspomnieniai chyba mogę śmiało zachęcić do słuchania tej płyty nawet w okresie zimowym.
Hejka, witaj na popkulturowym blogu miłośniczki książek, dobrych filmów nie tylko z Audrey Hepburn oraz dziewczynie zakochanej po uszy w muzyce różnego rodzaju.